Cześć. Mam na imię Piotr.

Lubię zatrzymać się, pomyśleć i opowiadać historie. Pisanie mi w tym pomaga. Pomaga mi znaleźć tę jedną, najistotniejszą z dróg — drogę do siebie. Jestem kimś, kto uświadomił sobie, że prawdziwa zmiana zawsze zaczyna się w nas samych.

Przez większość życia myślałem, że muszę być kimś innym, niż jestem. Ta przestrzeń jest o codziennym zachwycie i odkryciu, że nie musimy się nikim ani niczym stać. Wystarczy, że będziemy. O tym, że prawdziwa odwaga to pozwolić sobie być tym, kim się naprawdę jest.

Jeśli moje teksty dadzą Ci odrobinę wytchnienia, przestrzeni i refleksji — doskonale — właśnie po to tu są, po nic więcej.

Jeśli chcesz się ze mną skontaktować, napisz do mnie: dzieszko@gmail.com

← Wróć do tekstów
Esej Maj 2026

Przyjaźń

Ten wieczór wydawał się być zwykłym wieczorem. Koniec pracy, podróż autem. Ale te wieczory właśnie zwykły zmieniać się w magię. Gdy wychodzimy na scenę, wszyscy poza nami schowani są w świetle reflektorów. Ja zazwyczaj mówię 'Dobry Wieczór' i zapada cisza, której można wręcz dotknąć. W tej chwili czuję się jak twórca. Mogę ten wieczór pchnąć w dowolnym kierunku. Mogę wyczarować absolutnie wszystko używając jedynie (a może aż) słów i dźwięków. Przez lata pokochałem tę odpowiedzialność. Wciąż przerażająca, ale też uzależniająca. Kim jestem, by móc zdecydować o tym jak przez najbliższe dwie godziny poczuje się ponad setka ludzi? A jednak, z pomocą muzyki można uwolnić cały wachlarz czasem sprzecznych emocji.

Gramy więc frazę za frazę czując jak nie tylko muzyka nas przenika. Przenikają nas lata znajomości, przygód. Przenikają nas sporadyczne kłótnie i szczere uściski. Przenikają nas przeprowadzki, troska o nasze dzieci, emigracje i domy, które kupiliśmy lub zbudowaliśmy. Domy z których przyszło nam się wyprowadzić. Przenikają nas parapetówki, rozstania, wyzwania i powroty. A do tego, i przede wszystkim, miłość nas przenika. Miłość do życia, miłość do siebie. Siadamy lub stajemy zawsze w półksiężycu, w uśmiechu. Żebyśmy się widzieli, gdy się tym dzielimy. Żebyśmy byli blisko siebie. Żeby oddać całe przepastne garści każdemu, kto chce trochę nabrać dla siebie.

W naszych życiach zmieniło się wiele, jeśli nie wszystko. Wywróciliśmy je do góry nogami i na lewą stronę. Czasem z rzadka pisząc do siebie przez lata. Czasem spędzając do imentu każdą chwilę. Ale ja zasypiam z myślą, że Ci ludzie są w moim sercu w każdej sekundzie każdego dnia. Wiem, że gdy posypie się wszystko, oni będą. Rzucą wszystko, by być obok mnie, gdy będzie to potrzebne. Bez pytań. Bez wyrzutów sumienia. Tak działa ten niepisany pakt.

We wszystkich tych zawirowaniach, w całym tym zamęcie, to przyjaciele często byli busolą i kotwicą. Ta relacja musiała jednak dojrzeć, okrzepnąć. Musiała się zestarzeć i wykuć się w wielu próbach i trudzie. Upłynęło sporo czasu, kilka razy dzwoniliśmy do siebie późno w nocy, nasze skrzynki zapełniły zdjęcia dzieci. Ale poza tymi momentami, każdy zawsze na końcu musi wrócić do siebie. A ze sobą, w tych najważniejszych chwilach, zawsze jest się sam na sam. I kluczowe okazuje się kogo spotka się właśnie wtedy.

Ja spotkałem raczej wymagającego, wiecznie niezadowolonego skurwysyna. Nikt nie powiedział mi nigdy tak strasznych rzeczy, jak mój wewnętrzny głos. Nikt nie był nigdy dla mnie tak okrutny, bezlitosny i nieprzejednany w swojej krytyce. Przez lata było mnie dwóch. Jeden, który potrafi tworzyć, czarować słowami i dźwiękiem. I drugi, który tych słów, choć niewypowiadanych na głos, używał by się kaleczyć. Gdy osiągałem sukces, częstował mnie syndromem oszusta. Gdy wątpiłem, ochoczo potwierdzał. Gdy miałem nadzieję, starał się ją odebrać. A gdy upadałem pod ciężarem swoich myśli i życia - kopał mnie leżącego. Myślałem, że tym kimś jestem ja sam. Ale okazało się, że to ktoś kto jedzie na gapę. Kto mieszka we mnie, a powinien się wyprowadzić. Przez lata starań, dociekań i analiz zobaczyłem i uznałem, że prawdziwą krzywdę robię sobie tylko ja. Tylko ja mogę dać sobie zgodę na to by przestać.

Postanowiłem być dla siebie tym kim są dla mnie Ci, z którymi dzielę scenę. Ci, którzy sprawiają, że dni są lepsze, spokojniejsze, mam więcej odwagi i zwyczajnie chce mi się żyć. Tego nauczyły mnie długie lata nienachalnie pielęgnowanej przyjaźni.

Kiedyś, daleko na wschodzie, przy dogasającym ognisku, gdy chłód muskał już po plecach, pełen przerażenia odważyłem się zagrać swój pierwszy napisany od początku do końca utwór. Zapadła wzruszająca cisza. Usłyszałem, że to było piękne. To było drobne, ciche potwierdzenie tego, że intuicja to bardzo nienachalny, ale skuteczny nauczyciel.

I to właśnie cisza oraz spokój okazały się kluczem. W chwilach niepewności i zwątpienia, łatwo pomylić ruch i działanie z szukaniem odpowiedzi. Z poszukiwaniem nas samych. Działanie przynosi chwilową ulgę, ale zostawia na koniec jeszcze więcej trudnej do zniesienia pustki. Cisza swędzi na początku, ale z czasem koi i daje przestrzeń na odpowiedzi. Czas spędzony w zgodzie ze sobą to dla mnie ostateczna miara udanego życia. Ten czas wykuwa się w ciszy. W każdym jej odcieniu. W ciszy przed koncertem, w ciszy przy ognisku, w ciszy po prostu. Gdy nie wiem, co robić - siadam w ciszy. Jej odpowiedzi nigdy mnie jeszcze nie zawiodły.

· · ·
← Back to writing
Essay May 2026

Friendship

That evening seemed like any other. Work done, a drive home. But those evenings have a way of turning into magic. When we step on stage, everyone but us is hidden behind the lights. I usually say 'Good evening' and a silence falls - one you could almost touch. In that moment I feel like a creator. I can steer the night in any direction. I can conjure absolutely anything using only - or perhaps precisely - words and sound. Over the years I've grown to love that responsibility. Still petrifying, but addictive. Who am I to decide how over a hundred people will feel for the next two hours? And yet, with music, you can unleash a whole spectrum of sometimes contradictory emotions.

We play phrase by phrase, feeling how it's not just music that runs through us. Years of friendship run through us, years of adventure. Occasional arguments and honest hugs run through us. Moves across borders run through us, caring for our children, emigrations and houses we bought or built. Houses we had to leave behind. Housewarming parties, breakups, challenges and returns run through us. And above all - love runs through us. Love of life, love of one another. We always sit or stand in a crescent, in a smile. So we can see each other as we share this. So we can be close. So we can offer whole overflowing handfuls to anyone who wants to take some for themselves.

In our lives, much has changed - if not everything. We've turned them upside down and inside out. Sometimes barely writing to each other for years. Sometimes spending every waking moment together. But I fall asleep knowing these people are in my heart every second of every day. I know that when everything falls apart, they'll be there. They'll drop everything to be beside me when it matters. No questions. No guilt. That's how this unwritten pact works.

Through all the turbulence, through all the chaos, friends were often both compass and anchor. But the bond had to mature, to harden. It had to age and be forged through many trials. A lot of time passed, we called each other late at night more than once, our inboxes filled with photos of our children. But beyond those moments, everyone must eventually return to themselves. And in those most important moments, you are always alone with yourself. What matters is who you find when you get there.

I found a demanding, perpetually dissatisfied bastard. No one has ever said such terrible things to me as my own inner voice. No one has ever been so cruel, so merciless, so relentless in their criticism. For years there were two of me. One who could create, who could cast spells with words and sound. And another who used those same words — though never spoken aloud — to wound himself. When I succeeded, he served me impostor syndrome. When I doubted, he eagerly confirmed. When I had hope, he tried to take it away. And when I collapsed under the weight of my own thoughts and life — he kicked me while I was down. I thought that person was me. But it turned out to be someone riding without a ticket. Someone living inside me who should have moved out long ago. Through years of effort, searching and honest reflection, I saw and accepted that the only one truly hurting me was myself. Only I could give myself permission to stop.

I decided to be for myself what those I share the stage with are for me. The ones who make the days better, calmer, who give me more courage and simply make me want to live. That's what long years of quietly nurtured friendship taught me.

Once, far to the east, by a dying fire, the cold already brushing against my back, I found the courage — terrified — to play the first song I had ever written start to finish. A moving silence fell. I was told it was beautiful. A small, quiet confirmation that intuition is a very unassuming but effective teacher.

And it was silence and stillness that turned out to be the key. In moments of uncertainty and doubt, it's easy to mistake motion and action for searching for answers. For searching for ourselves. Action brings temporary relief but in the end leaves behind even more unbearable emptiness. Silence itches at first, but with time it soothes and makes room for answers. Time spent at peace with myself — that is, for me, the ultimate measure of a life well lived. That time is forged in silence. In every shade of it. In the silence before a concert, in the silence by a fire, in silence simply. When I don't know what to do, I sit in silence. Its answers have never failed me yet.

· · ·
← Wróć do tekstów
Esej Kwiecień 2026

Kamień w bucie

Pamiętam ten moment do teraz. Pachniało kredą po świeżo startej tablicy. To była chyba piąta klasa. Weszła do sali jedna z moich ulubionych nauczycielek. Rozmawialiśmy z nią często o serialach, których w naszym wieku zdecydowanie nie powinniśmy oglądać. Miała taki uśmiech, który rozjaśniał dzień. Niezależnie od pogody i pory roku. Nigdy nas nie oceniała - była nas zawsze ciekawa. I wtedy to poczułem, dziwne zapadanie się w sobie. Jakby upadek, ale wielokrotny i bez bólu. Kaskadowe budzenie się we własnym życiu. Trochę tak, jakby do tej pory to wszystko było filmem. I nagle okazuje się, że to jawa. Że ten film to moje życie. Tylko zwielokrotnione, uderzające we wszystkie zmysły z ogromną siłą. Czasem aż brakło mi tchu.

Po chwili to przechodziło. Wszystko wracało do normy pozostawiając uczucie zagubienia, lęku i silnego splątania. Tylko serce jeszcze długo biło szybciej, jakby chciało wyskoczyć mi z piersi. Każdy taki epizod trwał krótko, ale uderzał z siłą pociągu. Przez większość życia nikomu o tym nie mówiłem. Byłem przekonany, że to jakaś choroba, która wpędzi mnie do szpitala psychiatrycznego lub sprawi, że umrę. A z obu opcji pewnie wolałbym tę drugą.

Gdy byłem mały nikt moich trudności nie diagnozował. Nie zastanawiał się zbyt długo nad nimi. To były raczej dziwactwa niż symptomy na tle nerwowym. Lęk przed zarazkami, chodzenie latem w rękawiczkach, mycie rąk po sto razy na dzień, spanie przy świetle, to uczucie, że moje życie nie jest naprawdę. Ból brzucha, który przechodził po wydarzeniu, którego się bałem. Lęk przed porzuceniem. Ale taki do kości, że aż zapiera dech. Wszystkie towarzyszyły mi przez większość życia, a ja miałem pewność, że są tylko dwie opcje. Tak ma każdy, ale nikt o tym nie mówi. Lub nikt tak nie ma oprócz mnie. Wtedy tym bardziej lepiej o tym nie mówić. Biłem się więc z myślami zupełnie sam. Przez długie lata to było bardzo moje, bardzo niechciane i bardzo samotne miejsce. I po długich dekadach, dopiero gdy przestałem cierpieć, zdałem sobie sprawę jak bardzo cierpiałem. Jakbym wreszcie wyjął kamień z buta, zadziwiony, że tak długo tam był.

Przez większość tego czasu uciekałem. Głównie przed sobą. Moja głowa zachowywała się dziwnie od kiedy pamiętam. Dorosłość otworzyła nowe możliwości tłumienia tych uczuć. Ale tłumienie tylko je wzmacniało. Na dłuższą metę nic z tego, co proponowali mi znajomi, nie działało. Alkohol, papierosy, przyjaciele, gry komputerowe, narkotyki miękkie, narkotyki al dente - w ogólnym rozrachunku wszystko tylko pogarszało sprawę.

W pewnym momencie moje odrealnienie przestało być epizodyczne, a zaczęło trwać dłużej. Całe dnie. Gdy sytuacja pogorszyła się do tego stopnia, że nie mogłem spać i normalnie żyć przez ataki paniki, zrobiło się poważnie. Mam bardzo słabą pamięć do lat. Nie potrafię przypomnieć sobie, co działo się w którym roku. Ale ten moment pamiętam doskonale i nie da się zapomnieć, że był 2010 rok.

Byłem w podróży. Siedzieliśmy z bratem w pociągu z Murcji do Alicante. Już za chwilę mieliśmy rozpocząć kolejny Road Trip po Hiszpanii. Zaczęła się wiosna, była wymarzona pogoda, a my mieliśmy przed sobą mnóstwo nadziei i bardzo mało planów. Chcieliśmy, żeby ta podróż napisała się sama w codziennych drobnych decyzjach. Pachniało przygodami. Ja jednak nie byłem sobą. Nic mnie nie cieszyło, nie mogłem spać, wciąż się bałem, ale nie potrafiłem powiedzieć czego. W tym pociągu dotarła do nas informacja o katastrofie smoleńskiej. Dlatego łatwo zapamiętać datę. Każdego dnia czułem coraz bardziej, że nie dam rady. Mimo podróży, marzeń, wolności ja byłem w klatce. Klatce, która robi się z każdym dniem coraz ciaśniejsza.

Po paru dniach się poddałem. Wiedziałem, że muszę poszukać pomocy. A w Hiszpanii jej nie znajdę. Rozczarowując wiele osób, a zwłaszcza siebie, wbrew wszystkiemu, kupiłem bilet do Polski. Na już. I musiała być to jakaś intuicyjna, instynktowna decyzja. Bo kilka dni po powrocie wybuchł Eyjafjallajökull na Islandii i powrót nie byłby już możliwy.

Pierwsza wizyta u terapeuty była traumą, którą do pewnego stopnia wyparłem. To był znajomy znajomej - obiecał przyjąć mnie szybko. Duży park koło szpitala psychiatrycznego, piękna wiosna, przytulne mieszkanie na pierwszym piętrze. Zacząłem płakać niemal od pierwszego zdania. Łkałem potykając się o swoje słowa. Miałem wrażenie, że otworzyłem jakiś zawór i zaczęło płynąć ze mnie to wszystko, czego tak długo bałem się nazwać. A potem nastąpił szok - człowiek powiedział mi, że przesadzam i mam wziąć się w garść. Jestem zdrowy, nic mi nie jest i mam tyle nie myśleć.

Przez chwilę poczułem ulgę. Przecież specjalista powiedział mi, że wszystko jest dobrze. Z każdym dniem czułem się jednak gorzej i byłem coraz bardziej przekonany, że nie wyjdę z tego cało.

Parę tygodni później okazało się, że to wszystko ma sens, nazwę, diagnozę, a nawet odrobinę nadziei. Na skraju wyczerpania, odarty już ze wszystkiego, poprosiłem o pomoc i wreszcie ją dostałem. Gdy rozkleiłem się przy pierwszym wypowiedzianym zdaniu w gabinecie psychiatrycznym, dostałem to, czego potrzebowałem najbardziej przez te wszystkie lata. Wysłuchania, przestrzeni, zrozumienia. Nazwania tego i zapewnienia, że nie jestem z tym sam. To uczucie, że może życie nie dzieje się naprawdę, to horendalne odrealnienie jest dość częstym objawem, gdy głowa chce oddzielić to niemożliwe cierpienie od znanej rzeczywistości. Wszystko to, co czułem - ten kamień w bucie noszony przez tysiące wędrówek - czuje wielu z nas. I można coś z tym zrobić. Zaczęła się wieloletnia nauka oswajania siebie, życia i wszystkiego co czuję, a czego nie potrafiłem nigdy nazwać.

To była bardzo długa podróż, która (jestem o tym przekonany), nigdy się nie skończy. Pełno w niej było potknięć. Paradoksalnie dała mi jednak więcej, niż zabrała. I zacząłem ją doceniać.

Od wielu lat funkcjonuję dobrze. Bywam pogodny, zadowolony, szczęśliwy. Jest mi wygodnie we własnym życiu. Muszę jednak być uważny. Czasem, chwila nieuwagi i zaczynają się napady myśli długich jak pociągi drogowe, trudności ze spaniem, obsesyjne myślenie, problemy z trawieniem mimo najlepszej diety. Wiem wtedy, że przesadziłem. I muszę wrócić, do siebie.

Codzienność lubi oddzielać nas od nas samych. Chwytam się na tym, że szukam ukojenia od nadmiaru pracy w pracy. Szukam ukojenia od przebodźcowania chłonąc jeszcze więcej treści. Oddalam się od wszystkiego, co może pomóc: od ciszy, od spokoju, od refleksji, od zgody na to, co jest.

Gdy patrzę na cały arsenał technik, które rzeczywiście działają, widzę pewien wspólny mianownik. W ich centrum jest powrót do siebie. Konsekwentne stawanie po swojej stronie.

Chciałbym móc napisać, że przyszedł taki dzień, gdy moje lęki, obawy i trudności zniknęły. Gdy odrzuciłem kołdrę i wstałem z łóżka zdrowy. Tak jednak nie było. Równowagę przywraca się mniej więcej tyle, ile zajęła jej utrata. Więc to raczej długi proces. Jednak gdy pomimo trudu i zwątpienia konsekwentnie dawałem sobie wsparcie, przestrzeń, czas i akceptację - każdego dnia czułem się odrobinę lepiej. I nagle proste życie było tym życiem na jakie miałem ochotę. Nagle fakt, że oddycham, był najlepszym dowodem, że wszystko ze mną w porządku.

· · ·
← Back to writing
Essay April 2026

A Stone in My Shoe

I remember that moment to this day. The smell of chalk from a freshly wiped blackboard. I was maybe ten or eleven. One of my favorite teachers walked into the classroom. We'd often talk to her about TV shows we were way too young to be watching. She had this smile that could brighten any day. Rain or shine, winter or spring. She never judged us — she was simply curious about us. And then I felt it. A strange collapsing inward. Like falling, but repeated, and without pain. A cascading awakening into my own life. As if everything up to that point had been a movie. And suddenly it turns out this is real. That the movie is my life. Only multiplied, hitting every sense with overwhelming force. Sometimes I could barely breathe.

It would pass after a moment. Everything returned to normal, leaving behind confusion, fear, and a deep sense of entanglement. Only my heart kept racing long after, as if trying to escape my chest. Each episode was brief but hit like a freight train. For most of my life, I never told anyone. I was convinced it was some illness that would land me in a psychiatric ward or kill me. And of the two, I'd probably prefer the latter.

When I was a kid, nobody diagnosed my struggles. Nobody thought about them for too long. They were quirks, not symptoms. Fear of germs. Wearing gloves in summer. Washing my hands a hundred times a day. Sleeping with the lights on. That feeling that my life wasn't real. Stomach aches that vanished the moment the thing I'd been dreading was over. Fear of abandonment — the kind that cuts to the bone and takes your breath away. All of it followed me through most of my life, and I was certain there were only two options. Either everyone feels this way and nobody talks about it. Or nobody feels this way except me — in which case, I definitely shouldn't talk about it. So I fought my thoughts alone. For years it was a deeply private, deeply unwanted, deeply lonely place. And after long decades, only when I stopped suffering did I realize how much I had suffered. Like finally pulling a stone from my shoe, stunned it had been there so long.

For most of that time, I was running. Mostly from myself. My mind had been acting strange for as long as I could remember. Adulthood opened new ways to numb what I felt. But numbing only made it louder. Nothing my friends suggested worked in the long run. Alcohol, cigarettes, friends, video games, soft drugs, harder drugs — on balance, everything only made things worse.

At some point, the derealization stopped being episodic and started lasting longer. Whole days. When it got bad enough that I couldn't sleep or function through the panic attacks, things got serious. I have a terrible memory for dates. I can never remember what happened in which year. But I remember this moment perfectly, and there's no forgetting it was 2010.

I was traveling. My brother and I were on a train from Murcia to Alicante. We were about to start another road trip across Spain. Spring had just begun, the weather was perfect, and we had plenty of hope and very few plans. We wanted the trip to write itself in small daily decisions. It smelled like adventure. But I wasn't myself. Nothing brought me joy. I couldn't sleep. I kept feeling afraid, though I couldn't say of what. On that train, we learned about the Smolensk air disaster. That's why the date is easy to remember. Each day I felt more certain I wouldn't make it. Despite the travel, the dreams, the freedom — I was in a cage. One that was getting smaller by the day.

After a few days, I gave up. I knew I needed help. And I wouldn't find it in Spain. Disappointing many people, especially myself, against everything, I bought a ticket to Poland. Immediately. It must have been some kind of instinctive decision. Because a few days after I got back, Eyjafjallajökull erupted in Iceland and returning would no longer have been possible.

My first visit to a therapist was a trauma I've partly blocked out. He was a friend of a friend — he'd promised to see me quickly. A large park near the psychiatric hospital, beautiful spring, a cozy apartment on the first floor. I started crying almost from the first sentence. I sobbed, stumbling over my own words. It felt like I'd opened some valve and everything I'd been too afraid to name for so long started pouring out. Then came the shock — the man told me I was overreacting and needed to pull myself together. I was healthy, nothing was wrong, and I should stop thinking so much.

For a moment I felt relieved. After all, a specialist had told me everything was fine. But with each passing day I felt worse, increasingly convinced I wouldn't come out of this in one piece.

A few weeks later, it turned out that all of it made sense. It had a name, a diagnosis, and even a sliver of hope. At the edge of exhaustion, stripped of everything, I asked for help and finally received it. When I broke down at the first sentence in a psychiatrist's office, I got what I had needed most all those years. To be heard. To be given space. To be understood. To have it named and to be told I wasn't alone in this. That feeling that life might not be real, that horrifying derealization, is a fairly common response when the mind tries to separate unbearable suffering from known reality. Everything I had felt — that stone in my shoe carried through a thousand journeys — is something many of us carry. And something can be done about it. A years-long process began: learning to live with myself, with life, and with everything I feel but could never name.

It was a very long journey, one that — I'm convinced — will never end. It was full of stumbles. Paradoxically, it gave me more than it took. And I began to appreciate it.

I've been doing well for many years now. I can be cheerful, content, happy. I feel at home in my own life. But I have to stay careful. Sometimes, a moment's carelessness and the thoughts start coming in long convoys, sleep gets difficult, thinking turns obsessive, digestion fails despite the best diet. I know then that I've overdone it. And I need to come back. To myself.

Daily life has a way of separating us from ourselves. I catch myself seeking relief from overwork in more work. Seeking relief from overstimulation by consuming even more. Pulling away from everything that could actually help: silence, stillness, reflection, acceptance of what is.

When I look at every technique that actually works, I see a common thread. At their center is a return to yourself. Consistently showing up for yourself.

I wish I could write that there came a day when my fears and struggles disappeared. When I threw off the covers and got out of bed cured. That's not what happened. Restoring balance takes roughly as long as losing it did. So it's a long process. But when, despite the struggle and the doubt, I consistently gave myself support, space, time, and acceptance — each day I felt a little better. And suddenly a simple life was the life I wanted. Suddenly the fact that I was breathing was the best proof that I was okay.

· · ·
← Wróć do tekstów
Esej Marzec 2026

Przypadek

Kiedyś, zupełnie bez przekonania napisałem wniosek o finansowanie badań tylko dlatego, że wszyscy to robili. Nie miałem żadnych oczekiwań, a jeśli jakieś miałem to raczej ujemne. Po kilku dniach zapomniałem o temacie ciesząc się, że niepotrzebny trud pisania prawie czterdziestu stron wreszcie się skończył. Wróciłem do swoich spraw. A zajmowałem się wtedy głównie martwieniem, że nie jestem wystarczająco dobry. Gdy to uczucie zbytnio mnie przyciskało do ziemi starałem się je uciszyć paląc papierosy i pijąc alkohol. Nie działało, ale wtedy jeszcze nie znałem lepszych sposobów.

Informacja o tym, że mój wniosek został rozpatrzony pozytywnie była o tyle szokująca co przerażająca. Bo nagle coś, co miało być pisaniem palcem po wodzie miało się spełnić. Nie byłem na to przygotowany. Byłem przerażony i przekonany, że wcale tego nie chcę. Dziewięć miesięcy później miałem wizę w paszporcie i czekałem na opóźniony lot z Warszawy do Chicago. Polskie Linie Lotnicze rozdawały kanapki, bo czekaliśmy już czwartą godzinę, a nasz Dreamliner dopiero lądował. Ja wciąż myślałem o tym jak późno będę w Chicago i że drogę do hostelu będę musiał pokonać już po zmierzchu. Byłem przerażony. Gdy teraz myślę o tym wszystkim, dostrzegam w tym niemożliwie ogromny przypadek. Tak wielki, że to nie mógł być on. Szansa, że to wszystko się stanie, że znajdę przypadkiem pokój w domu młodego wdowca, że okaże się on jednym z najlepszych ludzi, jakich poznałem, że zostaniemy przyjaciółmi, że nauczy mnie zasad futbolu amerykańskiego i weźmie na wycieczkę do Detroit, że będę jeździł rowerem po East Lansing czując się jak balon, z którego zerwał się sznurek… Gdy myślę o tym wszystkim, mam wrażenie, że takiej rzeczywistości nie da się wyśnić czy wymarzyć. To się nie miało prawa udać, ale jakimś niezwykłym zrządzeniem losu jednak się udało. Taki scenariusz mogło napisać tylko Życie.

Budziłem się co rano czując motyle w brzuchu jak przed pierwszym dniem szkoły. Pogoda była niesamowita. Od całego znanego mi świata oddzielało mnie długie sześć godzin. I gdy ja odkrywałem nowy świat, mój stary świat zazwyczaj już spał. Uwierzyłem wtedy, że zupełnie sam, na drugim końcu świata, nie znając nikogo, będąc jedynie sobą, jestem w stanie znaleźć małą społeczność, przyjaciół, niewielkie stado. Jestem w stanie ułożyć sobie to krótkie życie i czuć się dobrze właśnie tu i teraz. Otworzyły się też drzwi, o których wcześniej nie myślałem. Zacząłem mówić, czytać i myśleć w języku, którego używa półtora miliarda ludzi. Co piąty człowiek na Ziemi mówi po angielsku podczas, gdy po polsku mówi 1% ludzkości. Ta krótka przygoda dała mi odwagę, by później wyjechać za granicę. Pozwoliła zobaczyć jak żyje, myśli, śni i marzy się gdzie indziej. Moja głowa otworzyła się na oścież.

Wcześniej zwykłem myśleć, że wszystko jest dziełem przypadku i nie ma w tym codziennym zamęcie większej logiki. Nigdy też do końca nie wiadomo po co to wszystko. Niczego nie da się kontrolować, choć wielu z nas (włączając w to mnie) maniakalnie próbuje nad życiem sprawować jakąś kontrolę. Kontrola jest jednak okrutnie iluzoryczna. Spokój, który z kontroli wynika, też zatem musi być iluzją.

Dzięki temu niespodziewanemu wyjazdowi potknąłem się o chwilę cichej zadumy. Może dokładnie tak miało być. To był dla mnie moment pełnej zgody na życie. Nagle dostrzegłem, że wszyscy jesteśmy z tego samego kosmicznego pyłu i siedzimy w tych zmaganiach razem. Czasem jedno przypadkowe wydarzenie potrafi zmienić kurs całego życia. A skalę tych zmian, można ocenić dopiero po latach. Patrzymy wtedy na zmiany z tak potrzebnym dystansem. Nie ma przecież zmian na dobre i zmian na gorsze - życie serwuje nam po prostu zmiany.

Przypadek okazał się niewiarygodnym splotem dokładnie tego, co było mi potrzebne. To był obezwładniający, rozlewający się spokój. Zdarza mi się skupiać tylko na tym, co na co dzień. Żyję wtedy głównie w swojej głowie. Próbuję wymyślić jak ma być i jak chcę, żeby było. Ale nigdy nie jest tak, jak sobie wymyśliłem. Życie rzadko jest po mojemu, gdy mam wobec niego oczekiwania. Im mniej z tym walczę, tym mi lepiej. Tak łatwo zapomnieć, że to przecież nie żadna walka. Tu nie ma nic do wygrania czy przegrania. Życie można smakować i przestać się siłować. To zdecydowanie ciekawszy sposób, by je przeżyć.

Dziś ma małe znaczenie. Dzisiejszy trud i niepewność są tylko mglistą zapowiedzią przyszłych nas. Nas, którzy są w pełni sobą. I mimo strachu, lęku i niepowodzeń wierzą każdego dnia, że to najlepszy możliwy świat. Zacząłem traktować dziś jak czas, by ostatecznie rozsiąść się w fotelu i cieszyć podróżą. Dokądkolwiek ona nas zabierze. Może to jedyny sposób by tego nie zmarnować i posmakować do końca.

· · ·
← Back to writing
Essay March 2026

Chance

Once, with zero conviction, I wrote a research grant application for the sole reason that everyone else was doing it. I had no expectations — or if I did, they were rather negative. A few days later I forgot the whole thing, relieved that the pointless struggle of writing nearly forty pages was finally over. I went back to my life. Which at the time mostly consisted of worrying that I wasn't good enough. When that feeling pressed too hard, I tried to silence it with cigarettes and alcohol. It didn't work, but I didn't know any better back then.

The news that my application had been accepted was as shocking as it was terrifying. Something that was supposed to be a throwaway gesture was suddenly becoming real. I wasn't ready. I was scared and convinced I didn't actually want this. Nine months later I had a visa in my passport and was waiting for a delayed flight from Warsaw to Chicago. Polish Airlines was handing out sandwiches because we'd been waiting four hours and our Dreamliner was only just landing. I kept thinking about how late I'd arrive in Chicago, how I'd have to find my way to the hostel after dark. I was terrified. When I think about all of it now, I see an impossibly vast coincidence. So vast it couldn't have been one. The odds of all of it happening — finding a room in a young widower's house, him turning out to be one of the best people I've ever met, us becoming friends, him teaching me the rules of American football and taking me on a trip to Detroit, me cycling around East Lansing feeling like a balloon whose string had snapped… When I think about all of it, I feel like no one could have dreamed this up. It had no right to work out, but by some extraordinary twist of fate, it did. Only Life could write a script like that.

I woke up every morning with butterflies, like it was the first day of school. The weather was incredible. A full six hours separated me from everything I'd ever known. While I was discovering a new world, my old world was usually asleep. I came to believe that completely alone, on the other side of the planet, knowing no one, being nothing more than myself, I could find a small community, friends, a little tribe. I could build a brief life and feel good right here, right now. Doors I hadn't known existed began to open. I started speaking, reading, thinking in a language used by a billion and a half people. One in five people on Earth speaks English; Polish is spoken by one percent. That short adventure gave me the courage to later move abroad. It let me see how people live, think, dream, and hope in other places. My mind cracked wide open.

I used to think everything was random — that there was no deeper logic in the daily chaos. That you never really know what any of it is for. That nothing can be controlled, even though so many of us — myself very much included — obsessively try. But control is cruelly illusory. And the peace that comes from control must be an illusion too.

That unexpected trip made me stumble into a moment of quiet clarity. Maybe this was exactly how it was supposed to be. It was, for me, a moment of full agreement with life. I suddenly saw that we're all made of the same cosmic dust, sitting in this struggle together. Sometimes a single chance event can alter the entire course of a life. And the scale of that change can only be measured years later, when we finally have the distance to see it. There are no changes for the better or for the worse — life simply serves us change. That's how it works. My mind resisted this for decades. It still does, even though I sometimes catch myself seeing it.

What looked like coincidence turned out to be an extraordinary alignment of exactly what I needed. An overwhelming, full-body calm. I still catch myself living only in the day-to-day. Stuck in my head. Trying to figure out how things should be, how I want them to be. But it never goes the way I plan. Life rarely bends to my expectations. The less I fight it, the better I feel. It's so easy to forget that there's no fight here at all. Nothing to win or lose. You can taste life instead of wrestling it. That's a far more interesting way to live.

Today doesn't matter much. Today's struggle and uncertainty are only a faint preview of who we'll become. People who are fully themselves. Who, despite fear and failure, believe every day that this is the best possible world. I've started treating today as the time to finally settle into the armchair and enjoy the ride. Wherever it takes us. Maybe that's the only way not to waste it — and to savor it to the very end.

· · ·
← Wróć do tekstów
Esej Marzec 2026

Jak to się wszystko zaczęło

Kiedyś byłem przekonany, że gdybym tylko miał nieco więcej pieniędzy, to wszystko byłoby dobrze. Miałbym lepszy nastrój, więcej energii, życie byłoby bardziej po mojemu. Wszystko by mi się podobało i w ogóle cały ten znój wcale by się mnie nie imał. Nie wiedziałem za bardzo, skąd te pieniądze miałyby się wziąć. Nie myślałem też, ile miałbym ich mieć — wiedziałem po prostu, że potrzebuję ich więcej. Czułem też, że gdzieś wewnątrz mnie jest jakaś dziura, przez którą ucieka to, co cenne. Byłem przekonany, że można ją łatwo załatać. Wystarczy mieć tylko nieco więcej pieniędzy.

Na życie nie miałem planu i chyba liczyłem na to, że to ono ma plan na mnie. Miotałem się niemal trzydzieści lat, podejmując decyzje pod wpływem chwili i impulsu. Tak zostałem na uczelni po studiach. Tak skakałem po mieszkaniach studenckich, zamieniając większe pokoje na mniejsze i mniejsze na większe. Zmieniałem współlokatorów i osiedla. Czasem się wzruszałem, sporo się bałem, a życie toczyło się swoim rytmem. Rytmem, którego nie miałem śmiałości zakłócić. Nie śmiałem aspirować do tego, by wiedzieć, czego chcę i kim chcę być. Byłem jak łódka z kory, która przez przypadek wypłynęła na morze i pozostało jej tylko dryfować. Brzmi to nieco romantycznie, ale niewiele miało z romantyzmem wspólnego. Większości decyzji nigdy nie podjąłem, sparaliżowany lękiem i odpowiedzialnością. Raczej nie żyłem — to życie pchało mnie każdego dnia w różne miejsca. I w sumie, z perspektywy czasu, to nie było złe.

Miałem też w życiu krótkie okresy silnego zakochania i wtedy stawałem się innym człowiekiem. Wtedy mogłem wszystko. Odwagi miałem w sobie całe nieprzebrane garści. Nic nie było w stanie stanąć mi na przeszkodzie. Szedłem po swoje, choć nie miałem wtedy pojęcia, że w życiu tak naprawdę nic nie jest czyjeś. I tak właśnie, siłą rozpędu, taranem zakochania, tą niepowstrzymaną chęcią bycia kimś innym niż naprawdę byłem, wylądowałem w Belgii. A dokładnie w Gandawie — przecudnym mieście Flandrii Wschodniej, skarbie Zachodniej Europy, o którym Belgowie w swoim rowerowo-piwnym zabieganiu zapomnieli powiedzieć całemu światu. Zanim się tam wybrałem, mój burzliwy i cokolwiek bezsensowny związek zdążył się rozpaść. Planował go ten głodny życia, odważny Piotr. A pojechał ten codzienny — niepewny, smutny i lękliwy. Ten ze skulonymi ramionami, co się łatwo wzrusza.

Mój pomysł na ten czas to było zapomnieć o tym, co na co dzień, i bawić się w inne życie. Miałem mieszkanie i miałem staż w firmie, która robiła mapy. To wszystko. Codziennie wstawałem rano, brałem prysznic i chadzałem do biura, które nie było prawdziwą pracą. Jeśli można mieć jakąś ustawioną poprzeczkę, moja była dość nisko. Chodziłem tam bardziej po to, żeby nadać temu wszystkiemu jakiś sens. Żeby otrząsnąć się ze straty, żeby pożegnać życie, na które liczyłem, a które mnie minęło. Spędzałem czas z ludźmi, rozmawiając po angielsku — czego zresztą też nie umiałem. Próbowałem każde zdanie najpierw ułożyć sobie w głowie. A gdy wreszcie byłem gotów je powiedzieć, rozmowa zazwyczaj była już cztery wątki dalej. Myślałem wtedy, że to musi być niezwykłe — mieć pracę, której się nie nienawidzi. Pracę, która daje satysfakcję, dobre relacje i godne życie. Wtedy, te dziesięć lat temu, wydawało mi się, że to byłoby spełnienie marzeń. Ale przecież nic z tego nie było naprawdę. Mieszkanie z cudownym tarasem i uroczą antresolą było tylko na chwilę. Praca była darmowym stażem, a projekt do wykonania mógł się udać, ale wcale nie musiał. Nikt tak naprawdę na niego nie czekał.

Uczyłem się wszystkiego zupełnie od nowa — jak zaplanować spotkanie, jak powiedzieć coś po angielsku, jak prezentować, jak opowiadać, jak się zachować, co wypada, a czego nie. To trochę jak pojechać do szkoły z internatem, tylko że nie ma lekcji — jest życie. Wspólne lunche, spacery, kawy. Ludzie zupełnie nieznani, ale z każdym dniem nieco bliżsi. Wtedy nie miałem pojęcia, jak bardzo mnie to formuje. Że właśnie wykuwa się to, kim będę i jak spędzę kolejne dziesięć lat.

Chadzałem do centrum czytać książkę. Czytałem wtedy opowiadania Tove Jansson. Jak ja uwielbiam jej styl pisania. Wtedy nie miałem pojęcia, że jej słowa będę czytał niemal każdego wieczoru swojemu dziecku przed spaniem. Miałem wrażenie, że życie stanęło na głowie. Że od siebie przecież nie ucieknę. Od tych lęków i trosk. A jednak zupełnie niespodziewanie ta nowa rzeczywistość dawała mi spokój i ukojenie, kołysała mnie do snu każdego wieczora. Miewałem momenty, że lubiłem być sobą. A wcześniej zdarzało mi się to niezwykle rzadko.

Potrzebowałem tej chwili, by poznać siebie. Spędzić trochę czasu ze sobą samym. Ociosać się nieco z wyobrażeń i pomysłów, a dać sobie przestrzeń na odkrycie, kim naprawdę jestem. Zanurzyłem się na moment w tej samotności. Mocno mnie otrzeźwiła. A potem poznałem ludzi. Jedno wyjście, kilka twarzy, tuzin partii w bilard. I tak jakoś zaczęło układać mi się życie. Godziny spędzone w parku, rzucając frisbee i paląc skręcone papierosy — na te w paczkach nie było mnie stać. Piwo, którym ktoś poczęstował albo które postawił w pubie. Rozmowy długo w noc, poranne prysznice na kacu, kanapki do pracy, która uparcie nie chciała być prawdziwą pracą. Te trzy miesiące minęły w okamgnieniu. Nawet nie spostrzegłem, kiedy pisałem finalną dokumentację do swojego projektu, wiedząc, że nikt i tak jej nigdy nie otworzy. Wciąż myślałem, jakie to musi być niezwykłe — mieć stabilną pracę, która daje dobre życie. Uwierzyłem, że tak można. A przecież wtedy zniknęłaby ta dziura, ta pustka, którą czułem od kiedy pamiętam.

Bez większych nadziei poszedłem na dwie rozmowy o pracę w mojej firmie. Jedna zdecydowanie mi nie poszła. Drugiej nie dawałem żadnych szans. To była miła, luźna rozmowa. Nie brzmiała jak rozmowa o pracę. Oddałem przepustkę, spakowałem walizkę — rzeczy wciąż miałem niewiele — i wsiadłem w samolot do domu, do dawnego życia, do siebie, którego tak dobrze znałem i którym nie miałem ochoty być.

· · ·
← Back to writing
Essay March 2026

How it all started

I used to believe that if I only had a little more money, everything would be fine. I would be in a better mood, have more energy, life would feel more like my own. I would like everything, and all that daily grind would simply stop clinging to me. I never really knew where that money was supposed to come from. I didn't even think about how much I would need — I just knew I needed more. I also felt that somewhere inside me there was a hole, and through it everything precious kept slipping away. I was convinced it could be patched easily. All it would take was a little more money.

I didn't have a plan for life and, I suppose, I counted on life to have a plan for me. For nearly thirty years I was tossed around, making decisions on impulse, in the moment. That's how I stayed at the university after graduation. That's how I kept moving between student apartments, trading bigger rooms for smaller ones and smaller ones for bigger ones. I changed flatmates and neighborhoods. Sometimes I felt deeply moved, often I was afraid, and life went on in its own rhythm — a rhythm I didn't have the courage to disturb. I didn't dare to aspire to knowing what I wanted or who I wanted to be. I was like a little bark boat that had accidentally drifted out to sea and could only keep floating. It sounds somewhat romantic, but there was little romance in it. Most decisions I never made, paralyzed by fear and responsibility. I wasn't really living — life was pushing me into different places every single day. And in hindsight, it wasn't all that bad.

There were also short periods of intense falling in love, and during those times I became someone else. Then I could do anything. I carried courage in great, overflowing handfuls. Nothing seemed capable of standing in my way. I went after what I thought was mine, though I had no idea then that in life nothing truly belongs to anyone. And so, carried by momentum, by the battering ram of infatuation, by that unstoppable desire to be someone other than who I really was, I ended up in Belgium. In Ghent, to be precise — a breathtaking city in East Flanders, a hidden treasure of Western Europe that Belgians, busy with their bikes and beer, somehow forgot to introduce to the rest of the world. Before I even left, my turbulent and rather senseless relationship had already fallen apart. It had been planned by that brave, hungry-for-life Piotr. But the one who arrived was the everyday version of me — uncertain, sad, and anxious. The one with hunched shoulders, easily moved to tears.

My idea for that time was simple: forget what life had been and try living another one. I had an apartment and an internship at a company that made maps. That was it. Every morning I got up, took a shower, and walked to an office that didn't quite feel like real work. If you can set a bar for yourself in life, mine was set fairly low. I went there mostly to give things some meaning. To shake off the loss, to say goodbye to a life I had hoped for but that had passed me by. I spent time with people, speaking English — which, truth be told, I barely knew. I tried to compose every sentence in my head first, and by the time I was ready to speak, the conversation was usually four threads ahead. Back then I thought it must be extraordinary — to have a job you don't hate. A job that gives you satisfaction, good relationships, and a decent life. Ten years ago, that felt like the definition of a dream come true. But none of it was truly real. The apartment with the beautiful terrace and charming mezzanine was only temporary. The job was an unpaid internship, and the project I was working on might have succeeded — or might not. No one was really waiting for it.

I was learning everything from scratch: how to schedule meetings, how to say something in English, how to present, how to tell a story, how to behave, what was appropriate and what wasn't. It felt a little like going to boarding school — except there were no lessons, only life itself. Shared lunches, walks, coffee breaks. People who were complete strangers at first, yet a little closer each day. At the time I had no idea how deeply it was shaping me — that this was where the person I would become, and the next ten years of my life, were quietly being forged.

I used to walk into the city center just to read. Back then I read Tove Jansson's short stories. I loved her writing so much. I had no idea that one day I would be reading her words almost every evening to my own child before bedtime. Life felt upside down. I realized you can't run away from yourself — from your fears and worries. And yet, unexpectedly, this new reality brought me peace and comfort, rocking me gently to sleep each night. There were moments when I actually liked being myself. Before that, it had happened very rarely.

I needed that time to get to know myself. To spend a while alone. To carve away some illusions and expectations, and give myself space to discover who I really was. I immersed myself in solitude for a while. It sobered me up. Deeply. And then I met people. One night out, a few faces, a dozen games of pool — and somehow life began to settle into place. Hours spent in the park throwing a frisbee and smoking hand-rolled cigarettes — I couldn't afford the packaged ones. Beer someone offered or bought at a pub. Long conversations into the night, morning showers with a hangover, sandwiches for a job that stubbornly refused to become a real job. Those three months passed in the blink of an eye. I barely noticed when I was writing the final documentation for my project, knowing no one would probably ever open it. I kept thinking how extraordinary it must be to have a stable job that gives you a good life. I began to believe it was possible. And surely then that hole — that emptiness I had carried for as long as I could remember — would finally disappear.

With little hope, I went to two job interviews at my company. One went very badly. I gave the other no chance at all. It was a pleasant, relaxed conversation — it didn't even sound like a job interview. I handed back my pass, packed my suitcase — I still owned very little — and boarded a plane home, back to my old life, back to a version of myself I knew so well and had no desire to be.

· · ·