Kiedyś, zupełnie bez przekonania napisałem wniosek o finansowanie badań tylko dlatego, że wszyscy to robili. Nie miałem żadnych oczekiwań, a jeśli jakieś miałem to raczej ujemne. Po kilku dniach zapomniałem o temacie ciesząc się, że niepotrzebny trud pisania prawie czterdziestu stron wreszcie się skończył. Wróciłem do swoich spraw. A zajmowałem się wtedy głównie martwieniem, że nie jestem wystarczająco dobry. Gdy to uczucie zbytnio mnie przyciskało do ziemi starałem się je uciszyć paląc papierosy i pijąc alkohol. Nie działało, ale wtedy jeszcze nie znałem lepszych sposobów.
Informacja o tym, że mój wniosek został rozpatrzony pozytywnie była o tyle szokująca co przerażająca. Bo nagle coś, co miało być pisaniem palcem po wodzie miało się spełnić. Nie byłem na to przygotowany. Byłem przerażony i przekonany, że wcale tego nie chcę. Dziewięć miesięcy później miałem wizę w paszporcie i czekałem na opóźniony lot z Warszawy do Chicago. Polskie Linie Lotnicze rozdawały kanapki, bo czekaliśmy już czwartą godzinę, a nasz Dreamliner dopiero lądował. Ja wciąż myślałem o tym jak późno będę w Chicago i że drogę do hostelu będę musiał pokonać już po zmierzchu. Byłem przerażony. Gdy teraz myślę o tym wszystkim, dostrzegam w tym niemożliwie ogromny przypadek. Tak wielki, że to nie mógł być on. Szansa, że to wszystko się stanie, że znajdę przypadkiem pokój w domu młodego wdowca, że okaże się on jednym z najlepszych ludzi, jakich poznałem, że zostaniemy przyjaciółmi, że nauczy mnie zasad futbolu amerykańskiego i weźmie na wycieczkę do Detroit, że będę jeździł rowerem po East Lansing czując się jak balon, z którego zerwał się sznurek… Gdy myślę o tym wszystkim, mam wrażenie, że takiej rzeczywistości nie da się wyśnić czy wymarzyć. To się nie miało prawa udać, ale jakimś niezwykłym zrządzeniem losu jednak się udało. Taki scenariusz mogło napisać tylko Życie.
Budziłem się co rano czując motyle w brzuchu jak przed pierwszym dniem szkoły. Pogoda była niesamowita. Od całego znanego mi świata oddzielało mnie długie sześć godzin. I gdy ja odkrywałem nowy świat, mój stary świat zazwyczaj już spał. Uwierzyłem wtedy, że zupełnie sam, na drugim końcu świata, nie znając nikogo, będąc jedynie sobą, jestem w stanie znaleźć małą społeczność, przyjaciół, niewielkie stado. Jestem w stanie ułożyć sobie to krótkie życie i czuć się dobrze właśnie tu i teraz. Otworzyły się też drzwi, o których wcześniej nie myślałem. Zacząłem mówić, czytać i myśleć w języku, którego używa półtora miliarda ludzi. Co piąty człowiek na Ziemi mówi po angielsku podczas, gdy po polsku mówi 1% ludzkości. Ta krótka przygoda dała mi odwagę, by później wyjechać za granicę. Pozwoliła zobaczyć jak żyje, myśli, śni i marzy się gdzie indziej. Moja głowa otworzyła się na oścież.
Wcześniej zwykłem myśleć, że wszystko jest dziełem przypadku i nie ma w tym codziennym zamęcie większej logiki. Nigdy też do końca nie wiadomo po co to wszystko. Niczego nie da się kontrolować, choć wielu z nas (włączając w to mnie) maniakalnie próbuje nad życiem sprawować jakąś kontrolę. Kontrola jest jednak okrutnie iluzoryczna. Spokój, który z kontroli wynika, też zatem musi być iluzją.
Dzięki temu niespodziewanemu wyjazdowi potknąłem się o chwilę cichej zadumy. Może dokładnie tak miało być. To był dla mnie moment pełnej zgody na życie. Nagle dostrzegłem, że wszyscy jesteśmy z tego samego kosmicznego pyłu i siedzimy w tych zmaganiach razem. Czasem jedno przypadkowe wydarzenie potrafi zmienić kurs całego życia. A skalę tych zmian, można ocenić dopiero po latach. Patrzymy wtedy na zmiany z tak potrzebnym dystansem. Nie ma przecież zmian na dobre i zmian na gorsze - życie serwuje nam po prostu zmiany.
Przypadek okazał się niewiarygodnym splotem dokładnie tego, co było mi potrzebne. To był obezwładniający, rozlewający się spokój. Zdarza mi się skupiać tylko na tym, co na co dzień. Żyję wtedy głównie w swojej głowie. Próbuję wymyślić jak ma być i jak chcę, żeby było. Ale nigdy nie jest tak, jak sobie wymyśliłem. Życie rzadko jest po mojemu, gdy mam wobec niego oczekiwania. Im mniej z tym walczę, tym mi lepiej. Tak łatwo zapomnieć, że to przecież nie żadna walka. Tu nie ma nic do wygrania czy przegrania. Życie można smakować i przestać się siłować. To zdecydowanie ciekawszy sposób, by je przeżyć.
Dziś ma małe znaczenie. Dzisiejszy trud i niepewność są tylko mglistą zapowiedzią przyszłych nas. Nas, którzy są w pełni sobą. I mimo strachu, lęku i niepowodzeń wierzą każdego dnia, że to najlepszy możliwy świat. Zacząłem traktować dziś jak czas, by ostatecznie rozsiąść się w fotelu i cieszyć podróżą. Dokądkolwiek ona nas zabierze. Może to jedyny sposób by tego nie zmarnować i posmakować do końca.