Ten wieczór wydawał się być zwykłym wieczorem. Koniec pracy, podróż autem. Ale te wieczory właśnie zwykły zmieniać się w magię. Gdy wychodzimy na scenę, wszyscy poza nami schowani są w świetle reflektorów. Ja zazwyczaj mówię 'Dobry Wieczór' i zapada cisza, której można wręcz dotknąć. W tej chwili czuję się jak twórca. Mogę ten wieczór pchnąć w dowolnym kierunku. Mogę wyczarować absolutnie wszystko używając jedynie (a może aż) słów i dźwięków. Przez lata pokochałem tę odpowiedzialność. Wciąż przerażająca, ale też uzależniająca. Kim jestem, by móc zdecydować o tym jak przez najbliższe dwie godziny poczuje się ponad setka ludzi? A jednak, z pomocą muzyki można uwolnić cały wachlarz czasem sprzecznych emocji.
Gramy więc frazę za frazę czując jak nie tylko muzyka nas przenika. Przenikają nas lata znajomości, przygód. Przenikają nas sporadyczne kłótnie i szczere uściski. Przenikają nas przeprowadzki, troska o nasze dzieci, emigracje i domy, które kupiliśmy lub zbudowaliśmy. Domy z których przyszło nam się wyprowadzić. Przenikają nas parapetówki, rozstania, wyzwania i powroty. A do tego, i przede wszystkim, miłość nas przenika. Miłość do życia, miłość do siebie. Siadamy lub stajemy zawsze w półksiężycu, w uśmiechu. Żebyśmy się widzieli, gdy się tym dzielimy. Żebyśmy byli blisko siebie. Żeby oddać całe przepastne garści każdemu, kto chce trochę nabrać dla siebie.
W naszych życiach zmieniło się wiele, jeśli nie wszystko. Wywróciliśmy je do góry nogami i na lewą stronę. Czasem z rzadka pisząc do siebie przez lata. Czasem spędzając do imentu każdą chwilę. Ale ja zasypiam z myślą, że Ci ludzie są w moim sercu w każdej sekundzie każdego dnia. Wiem, że gdy posypie się wszystko, oni będą. Rzucą wszystko, by być obok mnie, gdy będzie to potrzebne. Bez pytań. Bez wyrzutów sumienia. Tak działa ten niepisany pakt.
We wszystkich tych zawirowaniach, w całym tym zamęcie, to przyjaciele często byli busolą i kotwicą. Ta relacja musiała jednak dojrzeć, okrzepnąć. Musiała się zestarzeć i wykuć się w wielu próbach i trudzie. Upłynęło sporo czasu, kilka razy dzwoniliśmy do siebie późno w nocy, nasze skrzynki zapełniły zdjęcia dzieci. Ale poza tymi momentami, każdy zawsze na końcu musi wrócić do siebie. A ze sobą, w tych najważniejszych chwilach, zawsze jest się sam na sam. I kluczowe okazuje się kogo spotka się właśnie wtedy.
Ja spotkałem raczej wymagającego, wiecznie niezadowolonego skurwysyna. Nikt nie powiedział mi nigdy tak strasznych rzeczy, jak mój wewnętrzny głos. Nikt nie był nigdy dla mnie tak okrutny, bezlitosny i nieprzejednany w swojej krytyce. Przez lata było mnie dwóch. Jeden, który potrafi tworzyć, czarować słowami i dźwiękiem. I drugi, który tych słów, choć niewypowiadanych na głos, używał by się kaleczyć. Gdy osiągałem sukces, częstował mnie syndromem oszusta. Gdy wątpiłem, ochoczo potwierdzał. Gdy miałem nadzieję, starał się ją odebrać. A gdy upadałem pod ciężarem swoich myśli i życia - kopał mnie leżącego. Myślałem, że tym kimś jestem ja sam. Ale okazało się, że to ktoś kto jedzie na gapę. Kto mieszka we mnie, a powinien się wyprowadzić. Przez lata starań, dociekań i analiz zobaczyłem i uznałem, że prawdziwą krzywdę robię sobie tylko ja. Tylko ja mogę dać sobie zgodę na to by przestać.
Postanowiłem być dla siebie tym kim są dla mnie Ci, z którymi dzielę scenę. Ci, którzy sprawiają, że dni są lepsze, spokojniejsze, mam więcej odwagi i zwyczajnie chce mi się żyć. Tego nauczyły mnie długie lata nienachalnie pielęgnowanej przyjaźni.
Kiedyś, daleko na wschodzie, przy dogasającym ognisku, gdy chłód muskał już po plecach, pełen przerażenia odważyłem się zagrać swój pierwszy napisany od początku do końca utwór. Zapadła wzruszająca cisza. Usłyszałem, że to było piękne. To było drobne, ciche potwierdzenie tego, że intuicja to bardzo nienachalny, ale skuteczny nauczyciel.
I to właśnie cisza oraz spokój okazały się kluczem. W chwilach niepewności i zwątpienia, łatwo pomylić ruch i działanie z szukaniem odpowiedzi. Z poszukiwaniem nas samych. Działanie przynosi chwilową ulgę, ale zostawia na koniec jeszcze więcej trudnej do zniesienia pustki. Cisza swędzi na początku, ale z czasem koi i daje przestrzeń na odpowiedzi. Czas spędzony w zgodzie ze sobą to dla mnie ostateczna miara udanego życia. Ten czas wykuwa się w ciszy. W każdym jej odcieniu. W ciszy przed koncertem, w ciszy przy ognisku, w ciszy po prostu. Gdy nie wiem, co robić - siadam w ciszy. Jej odpowiedzi nigdy mnie jeszcze nie zawiodły.